antele.flog.pl
Say, that you love me!
Podsumowując 2010...
31.12.2010, 13:57:54
Aparat: Canon - EXIF↓
Model: Canon EOS 20D
Przysłona: f/5.6
Ogniskowa: 17.0mm
Naświetlanie: 1/5s
ISO: 800
Sylwester to taki czas, gdy Hela rozmyśla o minionym roku. Sylwester to czas, gdy Hela dostrzega swoje największe błędy, porażki, a zapomina o tym, co zrobiła dobrego. Sylwester to czas, gdy Hela postanawia sobie coś na następny rok, a i tak tego nigdy nie wypełnia. No, bo postanowiłam sobie, że schudnę, a tak naprawdę to przytyłam. No cóż, żyć nie umierać.
Krótko podsumowując. Ten rok nie był zły. Były wzloty, były porażki, ale porażki były tak jakby…małe w porównaniu z tym, co przeżyłam przez ten rok dobrego. Mnóstwo nowych miejsc, nowych przeżyć, nowych ludzi i nowych doświadczeń. Niektóre były tak budujące, że podtrzymywały moją kruchą konstrukcję przez długi, długi czas.
Styczeń. Styczeń zaczął się dosyć…przyjemnie jak na tamte czasy. Była kawka rodzinna w miłym towarzystwie, była studniówka, było fajnie, pięknie, ładnie. Hela odstrzelona, fryzura za 75 zł, kiecka za 130 zł, buty za 70 zł. Jednak jej stres i smsy do Ady były bezcenne. Było naprawdę fajnie, czułam się…tak dobrze. Przecież jeszcze we wrześniu 2009 napisałam „Jak mogę w ogóle myśleć, że ja, mogę z NIM iść na studniówkę”, a tu proszę, taka niespodzianka. A potem, było, co raz to gorzej i gorzej. Zawaliłam egzaminy próbne, totalnie je olałam, no, bo przecież…to tylko próbne! A potem styczeń sobie mijał i mijał, spokojnie, na luzie. Zakończenie, ostatni dzień miesiąca był bardzo…budujący. Przekonałam się, że ludzie mogą mnie zapamiętać. 31.01 koncert zespołu Koniec Świata, wokalista podszedł do mnie i uściskając mi rękę powiedział „To Ty jesteś siostrą Szymona, byłaś na koncercie w Tarnowskich Górach”. Niby nic, niby takie zwykłe słowa. Pomijając fakt, że koncert w TG był…w październiku 2007?
Luty. Jedyne, co z niego pamiętam, to wycieczka z mamą do Abrama. Poczułam, że to jest moje miejsce, szkoła dla mnie, że muszę tam iść oraz bardzo przyjemny koncert O’Reggano w TCK.
Marzec. Ogólnie, spodziewałam się, że będzie gorszy. Zbliżał się czas ORH (Ogólnej Rozpaczy Heli), związany z wydarzeniami z przeszłości. Remont w domu, życie w ciągłym pyle, hałasie, rozmowach roboli, którzy dziwnie się patrzyli na mnie, gdy wychodziłam prosto na nich w piżamce. I kolejny raz bardzo przyjemne wydarzenie na koniec miesiąca – Dni otwarte w Abramie. Przemiła wycieczka z Bokiem, poznanie Anki (którą jeszcze do niedawna miałam zapisaną na gg: Ania Abramowski :D), kolejna wizyta w szkole marzeń, jeszcze mocniejsza miłość do tego miejsca i ogólnie…podwoiła się moja chęć iścia tam.
Kwiecień. Zapowiadał się…w połowie okropnie, w połowie świetnie. Zaczęło się źle. Katastrowa, żałoba narodowa. Ogólnie, wbrew moim poglądom, byłam jakaś taka przygnębiona. Dużo zastanawiałam się nad życiem. A potem, zwrot akcji o 180 stopni. Wycieczka do Budapesztu, ciągłe śpiewanie „Heloł turist du bist in Budapeszt?”, prześwietne 4 dni, rozerwanie się przed zbliżającym się stresem, zakochanie się w stolicy Węgier. Ogólnie, najfajniejszy weekend mojego życia. Przestałam na chwilę myśleć, że za niedługo będą dni, gdy przestanie być miło i fajnie, że nadejdą dni, które zadecydują o mojej dalszej edukacji. Minęły. Radioaktywna biedronka zepsuła moje marzenia, dziękujemy Ci kochana Biedroneczko…
Maj. Czas poprawiania ocen, matur, miłości, bierzmowania. No właśnie, bierzmowanie. Jeden z najlepszych dni mojego życia, mimo iż zaczęłam się jąkać do mikrofonu. Stałam się Heleną Antoniną Julią. Dostałam najpiękniejszy prezent mojego życia – dokument potwierdzający, iż dostałam apostolskie błogosławieństwo od samego papieża. Miłe.
Czerwiec. Boski czerwiec. Czerwiec najlepszy miesiąc. Zaczął się idealnie komersem. Fakt, najgorsza, najbardziej płaczliwa impreza w życiu, ale przekonałam się o tym, na kogo mogę liczyć. I dalej to wiem. Wybawiłam się, najadłam się, posłuchałam muzyki, popłakałam, pogadałam z Bokiem. Było świetnie. Dwa dni później – Lednica. Wyjazd, którego się bałam. Miałam się spotkać po raz pierwszy z Agatą i kolejny raz z Adą, dokładniej drugi. Poznałam prześwietnych ludzi – Olę, Sebastiana, Maćka, zaczęłam uwielbiać dwóch Piotrków i oczywiście spotkałam Agatę i Adę. Poza tym, zobaczyłam, że ludzie zjeżdżają się z całej Polski i nie tylko, by spalić się na prażącym słońcu, posłuchać jak grają na bębnach, potańczyć, pośpiewać. Przepięknie. Jadę za rok, na bank. A potem była wycieczka. Wycieczka, która dała mi dużo do myślenia na temat mojej osoby. Poznałam mniej więcej prawdziwą siebie. Przekonałam się, jakim dobrym kolegom jest Kamil. Chwała mu za to. Potem było moje sweet 16 i uznałam, że od tego dnia będzie szło mi życie już, co raz to szybciej i szybciej. Poza tym, zakolegowałam się z Beatą, z którą koleguję się do dziś! A potem zakończenie roku szkolnego, łzy, łkanie, rozpacz, rozstanie. A potem przyjechała Ada. Przyjechała do TG! Widziałyśmy się drugi raz w ciągu miesiąca! Pierwszy raz w Onyxie, pierwszy i ostatni, jak na razie. Wszystko było super.
Lipiec. Lipiec zaczął się okropnie. „Informujemy, iż Twoją szkołą został…Mechanik”. 2 lipca ogłoszony został najgorszym dniem mojego życia. Jeden DURNY punkt zepsuł mi moje marzenia. Marzenia o nauce w Abramie. Jednak nie mogłam się poddać. Musiałam pokazać Adzie jak się cieszę, że jest u mnie, w TG. W środku byłam przygnębiona, lecz na zewnątrz wesoła. Lipiec mijał spokojnie. Głównie siedziałam na kompie, nie wychodziłam z domu. Raz na jakiś czas zaczerpnęłam świeżego powietrza. Raz na jakiś czas. W końcu nadszedł koniec Lipca, a wraz z nim wycieczka do miejsca, w którym ostatni raz byłam mając 3 latka – Słowacki Raj. Miejsce, którym nawet największa sknera się zachwyci. Czułam się tam tak dobrze, że mieszkanie w domku, w którym była wilgoć, pająki i inne stwory mi nie przeszkadzała. Postanowiłam, że wrócę tam, ale nie za 13 lat.
Sierpień. Ciekawy miesiąc. Po pierwsze – wolontariat. Moja pierwsza akcja, Tour de Pologne. Było niezwykle super. Po prostu…być w środku takiego wydarzenia, poznać ludzi ważnych i ważniejszych. Wydarzenie miszcz! A potem było błaganie na kolanach dyrektorki Sempy o możliwość przepisania się. Niestety, kazali mi czekać. Było karaoke z Lednicowymi. A potem było Poznań Tour. Najfajniejszy tydzień wakacji. Najmilej i najaktywniej spędzony. Moc zdjęć, moc McFlurry, moc zwiedzania, moc poznawania, moc śmiania się. To było bardzo piękne i miłe, móc pojechać do Ady, móc zobaczyć ją trzeci raz w roku. Fajnie było też poznać Martynę, Anetę, Kristiana, Piotra i innych ludzi, a w szczególności Olę i całą familię Bartkowiakow. A po przyjeździe….kolejne proszenie się dyrektorki Sempy. Niestety…nieudolne. W akcie rozpaczy i smutku, wraz z Bokiem wybraliśmy się do Plastyka…tak po prostu, byleby było. I wtedy zapaliła się żarówka – JEST MOŻLIWOŚĆ PRZEPISANIA SIĘ! Nie myślałam nad tym, czy robię dobrze. Po prostu…nie chciałam wylądować w Mechaniku, nie! Przepisałam się…i oficjalnie zostałam uczniem ZSAPu.
Wrzesień. Pierwszy września. Pamiętam ten dzień jak przez mgłę. No dobra, bardzo rzadką mgłę, ale no. Pamiętam ten deszcz, który sprawił, ze miałam mokre buty, nogawki, żakiet, wszystko. Pamiętam to stanie pod ścianą i zerkanie na ludzi z myślą „Niech on/ona nie chodzi ze mną do klasy” albo „Jezu, bądź ze mną w klasie!”. A potem dreptanie samotne do kościoła, siedzenie na mszy obok dziewczyny, której burczało w brzuchu. A potem poznanie Ewi i Marty. Nudna akademia, na której widziałam Laurę i Busię, ale ich nie pamiętam za bardzo. Pamiętam Hello Kitty telefon od Laury. A potem dreptanie do domku…w deszczu i widzenie Pauliny w 80. Czułam, że to ona, ale nie kojarzyłam jej zbytnio. Ogólne zadomawianie się w Plastyku było trudne. Nie umiałam się odnaleźć, znając tylko Donię. Pamiętam jak bałam się pryszczy Makarona, pamiętam jak się podniecałam Damianem, że wygląda jak Dan Humphrey z Plotkary, pamiętam, że strasznie chciałam się zaprzyjaźnić z Ewi. A potem usiadłam z Sebastianem, to też pamiętam. Nie wiedziałam, że już tak zostanie. Zostało. Później były Gwarki. Pierwszy dzień z Ewi, a potem z Beatą. Pamiętam te podniecenie na widok Maćka na scenie: „To on?” „Tak, to on” „Boże, on serio jest boski” „No przecież Ci mówiłam!”. Koncert Wojtka, Hey, poznanie jakiegoś procentu 1D – mojej niedoszłej klasy, szlajanie się o 1 w nocy po mieście, pochód, na który się spóźniłam. A potem była pielgrzymka. Znów było tak samo jak na Lednicy, ta sama ekipa, Ci sami ludzie…fajnie było, serio. Później był drugi wolontariat. Memoriał Agaty Mróz. Poznanie Ewy, Bartka i Maksa. Supervipy i te sprawy, fajnie było, serio serio. Potem nastała wolność! Rodzice pojechali na wakacje, Hela pojechała na kolejną akcję wolontariatu, tym razem w Zabrzu. Było jeszcze lepiej niż poprzednio. Nie pamiętam wszystkich imion, ale przeżycie było niesamowite. Pokochałam opiekę nad małymi dziećmi. Zjadłam dużo darmowej pizzy, popcornu i wypiłam hektolitry darmowej coli z Multikina. A potem jeszcze był ZSAPowy Kraków. Miałam się spotkać z Madzią, ale nie wyszło. Było świetnie, poznałam lepiej Monikę, Laurę. Jeszcze był dzień kota, spędzony w SOSW.
Październik. Było wesele, było kino z Anką (So, where the parents? <3), był wernisaż z Plastyka, na którym Hela obalała kieliszki wina i szampana, było Paranormal Activity w TCK. Były też oceny, ale mniejsza o nie.
Listopad. Był plener, ciekawy plener. Była autoprezentacja na PP. Pokazanie się przed całą klasą jaka jestem…wstydliwa, nieśmiała. Potem było O’Reggano w Detoxie. „Jezu, ale mam banie” – tekst, którego chyba nigdy nie zapomnę i oczywiście Olo mi nie pozwoli zapomnieć. No właśnie, Olo, Monika, Smoła, Przemek. Pokochałam tych ludzi od razu. Chociaż tych dwóch ostatnich dopiero później. Później była pierwsza fucha Heli – zdjęcia. Ciężko zarobione 100 zł! No i Hela…poczuła coś miłego, ale zakazanego. Niestety, zakazanego.
Grudzień. Przyjemnie się zaczął – czuwanie. Jeszcze mocniejsze pokochanie Olka, pokochanie Lucyny, Przemka i Smołka, oraz Kasię, Felę, Grzegora gładką łydkę i wszystkich, którzy przyczynili się do idealności tej nocy. Oczywiście zrobienie sobie czegoś dziwnego z palcem przy pomocy Gonza. Potem było Imaginarium i kolejny raz podniecenie wielkie, oj wielkie. Co raz większe podkochiwanie Laury, Moni, Dosi, Olka, Szminki, Wszołka. Ogólnie, życie codzienne w 1BT. Potem przyszły Mikołajki Literackie i turniej Badmintona. Przedostatnie miejsce, ostatnie zajął Kaszuba, którego zdyskwalifikowano. Pięknie. Wigilijka klasowa…najgorsza z możliwych. Nie wiem…ale po prostu nie kumam jak…dziewczyna, ktorą uważałam za spokolaskę okazała się taką…no, taką. Przyszły święta, nie najlepsze, ale też nie najgorsze. Średnie. Pasterka, pierwszy raz w życiu, spacerki w pierwszy dzień świąt. Silesia z Beatką i… i Sylwester, który dopiero będzie dziś w nocy.
Dziękuję wszystkim…każdemu z osobna. Wszystkim, którzy przyczynili się do idealności i nieidealności tego roku. Wszystkim, których poznałam, że mogłam ich poznać. Wszystkich, którzy tak naprawdę BYLI i może będą. Dziękuję wam.
Przepraszam wszystkich, których zraniłam. Nie wiem, dlaczego jestem taka, jaka jestem. Czasami nieumyślnie ranię bliskie mi osoby. Przepraszam was wszystkich.
Do siego roku!
Komentarze
+ dodaj
Na razie nie ma jeszcze komentarzy.
Dodaj komentarz
Poleć to zdjęcie znajomym

Podaj swój adres e-mail
Podaj adresy e-mail znajomych
Napisz wiadomość
Przepisz kod z obrazka:












